środa, 17 lutego 2016

Mruczusia...

Dzisiaj święto KOTA, a więc będzie o kotach...

 Moja Mruczusia, przygarnięta półtora roku temu, śpi smacznie po porannych harcach:)


Od czasu jak spędziła noc na drzewie boję się wypuścić ją z domu.
A było to tak...
Kotka miała już prawie rok, więc postanowiłam, że należy ją wypuścić, aby poznała wielki świat...
Najpierw powoli poznawała zakątki blisko domu. Pewnego dnia wyszła rankiem i nie wróciła. Poszukiwanie nic nie pomogły. Dopiero kiedy zapadła ciemność i zrobiło się cicho usłyszałam miauczenie. Brnąc wśród pokrzyw i trzcin nie mogłam znaleźć mojego kotka, było zbyt ciemno. Dopiero kiedy światło latarki skierowałam w górę błysnęły kocie oczy. Okazało się, że moja Mruczusia siedzi wysoko na drzewie. Kotek był zbyt wysoko, a drzewo zbyt cienkie, aby się na nie wdrapać. Liczyłam, że sama zejdzie. Jednak, gdy noc spędziła na brzozie przestałam wierzyć, że koty schodzą same,  gdy im się nie przeszkadza. Niestety nie pomogła straż pożarna, gdyż do wiejskich kotów nie przyjeżdżają. Dopiero sąsiad, młody strażak-ochotnik, uzbrojony w linę (brzoza była cienka i pochyła) z asekuracją braci, wszedł na drabinę i zdjął mojego biedaka. Kotka wystraszona, zesztywniała (stała cały czas na cienkiej gałązce) wróciła do domu. Myślałam, że pierwsze co zrobi to będzie pić i jeść, a ona poszła do kuwety... Moje biedactwo...

Od tego czasu Mruczusia wychodziła na spacery "pod opieką". Posłuszna biegała w ogrodzie wokół stawu.

Kiedy nastały chłodne dni przestałam ją wypuszczać. Teraz martwię się, czy uda mi się zatrzymać ją w domu, gdy poczuje wiosnę...

Wolałabym, aby została w domu, tym bardziej, że moja stara kotka Kocia zginęła w zeszłym roku latem. Prawdopodobnie zaatakowały ją borsuki, które pojawiały się w pobliskich zaroślach.

Kicia była wyjątkową, mądrą, wierną i kochaną kotką:)
Bardzo mi jej brakuje....


 Pozdrawiam wszystkich, którzy tu zaglądają:))



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz